Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Savey Duquena Aberlination. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Savey Duquena Aberlination. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lipca 2018

Od Savey c.d. Lu’aj

Do pojawienia się utęsknionego słońca nad widnokręgiem, nauczyłam się na pamięć długich świątynnych korytarzy. Udało mi się, przynajmniej miałam cichą nadzieje, rozeznać się z rozłożeniem komnat wielkiego domostwa. Dziwiła mnie dokładność oraz smak, tego jak zaplanowane zostało owe miejsce. Beżowe ściany wspaniale akcentowały z białymi niczym śnieg, marmurowymi podłogami jakoby chmurami w niebiańskim królestwie, wielbionych przez nas bóstw. Wszelakie obrazy, zdobiły wąskie korytarze, swoim malowniczym pięknem. Zapach ziół i przypraw roznosił się w powietrzu, ożywiając nieznacznie to tajemnicze ale jakże urokliwe miejsce. Nie jestem pewna czy powinnam dotykać się do tutejszej kuchni, przecież prawdziwy właściciel mógł sobie tego nie życzyć, jednak wewnątrz mojego żołądka rozpoczęła się cicha batalia, której nie byłam w stanie niczym uciszyć. Iskry tańczyły synchronicznie w piecu, rozgrzewając go miejscami niemal do diabelskiej czerwoności. W momencie niemal idealnym udało mi się zdjąć potrawę z wiekowej patelni, układając ją na przyozdobionym wcześniej talerzu. Nie zapomniałam jednak o mężczyźnie który wieczorną porą opuścił mury swojego zamczyska. Odstawiłam przygotowaną porcję na rozgrzanym blacie, by temperatura nie spadła zbyt szybko. Nie wiedziałam o której godzinie zobaczę go w progu, nie wiedziałam również gdzie udał się chwile po tym jak odeszłam znad wspaniałego krajobrazu. Zajęłam miejsce na kuchennym stołku, niczym niegdyś pani domu czekająca aż wszyscy najedzą się do syta. Zatopiłam widelec w usmażonym jajku, pomieszanym z boczkiem oraz innymi tradycyjnymi dodatkami, które miały prawo znaleźć się w jajecznicy. Pierwszy kęs, jak zawsze był dla mnie poezją smaków, wspomnieniem i dumą z wykonanego dania. Gdy jednak podniosłam widelec ponownie, do moich uszu dotarł odgłos ustępujących masywnych wrót. Podniosłam się znad talerza, jedynie przecierając kąciki ust białą ścierką. Nie śpieszyłam się zbytnio, ponieważ wiedziałam, że za zakrętem wejściowy korytarz spotyka się z kuchennym. Nawet gdyby osoba która naruszyła spokój owego miejsca, była jego nieprzyjacielem, zauważyłabym ją biegnącą w stronę głównych pomieszczeń. Wychyliłam się zza marmurowego zdobienia, stając przed obliczem gościa. Podniosłam wzrok i ujrzałam nikogo innego jak Pana tych ziem, w niezbyt zakrywającym jego ciało odzieniu. Twarz zdobiła szkarłatna posoka, najpewniej naniesiona równie zakrwawionymi dłońmi. Strzępki delikatnego materiału opadały na jego klatkę, tworząc przeróżne wzory. Ręce opadły mi w geście bezsilności. Nie chcąc zbytnio naruszyć jego prywatności, zmobilizowałam się do pozbycia strzępków koszuli z jego torsu.
- Boże jak ty wyglądasz... - szepnęłam pod nosem, marszcząc brwi - z całą armią kobiet się biłeś, że rozebrały Cię prawie do całkowitej golizny?
Pytanie miało na celu rozluźnić atmosferę panująca między nami od samego początku. Miałam szczerą nadzieje, że na własną rękę dowiem się co jest przyczyną jego nagłej zmiany, może jednak to nie przynieść żadnych logicznych wniosków. Z drugiej strony prawdy mogę się dowiedzieć jedynie poznając jego wiedzę na temat tego co zachodzi w jego ciele, zapytam o to, jednak ten moment nie jest zbyt do tego odpowiedni. Umorusanym już materiałem, przetarłam jego policzek przyozdobiony czyjąś krwią. Pokręciłam przecząco głową, ściskając strzępki męskiego ubrania w dłoni. Zacisnęłam zęby czując nieprzyjemne mrowienie w całym ciele. Komórki mojej powłoki zaczęły odmawiać mi zupełnie jakiegokolwiek posłuszeństwa. Myślałam że zniknął, łudząc się tym jak długo nie odczuwałam jego obecności ale on znowu dał o sobie znać, zapukał mi w głowę doprowadzając do płaczu. Odsunęłam się pod ścianę, podnosząc dłoń do góry, miało to na celu nic innego jak ostrzeżenie ciemnowłosego, przed zbliżaniem się do mojej osoby. Chęć wypowiedzenia jakichkolwiek słów, kończyła się na długim pustym dźwięku. Mimowolnie podniosłam głowę, czując jak cwany uśmiech spływa na moją, niczym winną jeszcze dziś twarz. Dłonie szybko zacisnęły się w pięści, bez ostrzeżenia ciągnąc całe moje ciało w stronę Pana z Rosemoor.
Lu? Mamy wściekłą śnieżną wiewiórkę

wtorek, 17 lipca 2018

Od Savey c.d. Lu’Aj

Wsłuchana w ciężki oddech karusa jedynie powędrowałam wzrokiem za młodzieńcem, który bezzwłocznie popędził w stronę swego domostwa. Gdybym nie znała jego możliwości z przekoloryzowanych ludzkich opowieści, najpewniej ruszyłabym za nim, wyszłam jednak z założenia, że taki duży chłopak da sobie radę. Drugi przedstawiciel tej płci, jednak zupełnie innego gatunku bardziej potrzebował teraz mojej uwagi. Odsunęłam się od kopytnego, delikatnie przejeżdżając dłonią po jego chrapach, zachęcając do stąpania krok w krok za mną. Z uśmiechem wplotłam rękę w jego grzywę, zmierzając tą samą drogą co ciemnowłosy.
- Wiesz kto był dzielnym konikiem? - mówiłam można by rzec, dumna z zachowania zwierzęcia - Cucu był bardzo dzielny! - zaśmiałam się i otworzyłam potężne stajenne wrota.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu, szukając wzrokiem czegoś a raczej kogoś zupełnie innego niż rzeczywistej pustki. Weszłam w głąb skupiając wzrok na nieoświetlony róg stajni. Uwagę moją skupiło ostrze wbite w ścianę? Podeszłam bliżej, przyglądając się temu do czego mogło tutaj dojść. Przebity na wylot gad nie był zbyt codziennym widokiem.
-Meh... - szepnęłam krzywiąc się na ten obrazek i mocno zaciskając dłoń na lancy, wyciągnęłam ją z lichego ciała - jednego trupa mamy, teraz gdzie może być ten drugi...
Zaśmiałam się cicho pod nosem i zerknęłam w stronę dzisiejszego bohatera. Minę miał jakoby chciał mi powiedzieć, że niezbyt go to śmieszy. Wyprostowałam się i otworzyłam drzwi boksu, wpuszczając go do środka. Jeden już jest bezpieczny, lecz teraz zgubiłam drugiego z widnokręgu, z facetami jak z dziećmi... To dziwne... Musiało się coś stać... Przecież nikt nie zniknąłby bez słowa, po zabiciu zwykłego gada. Wyszłam powolnym krokiem z budynku, skupiając się na poszukiwaniu jakichkolwiek śladów ciemnowłosego. Poderwałam się do biegu, gdy spostrzegłam można by powiedzieć ubitą trawę na ziemi. Prowadziły one w głąb ciemnego lasu, a przyznam że niezbyt mi się widzi bieganie w głuszy nocą, w zupełnej samotności. Pokręciłam przecząco głową i skupiłam się na tym co tu i teraz, gdyż nieuwaga skończyła by się siniakiem.  Sprawnie omijałam drzewa podążając coraz bardziej widocznymi śladami, jakoby młodzieniec zmieniał swój kształt, podążając w niewiadomym mi kierunku. Zatrzymałam się na brzegu lasu, widząc coś niepokojącego w oddali. Krajobraz zmienił się zupełnie. Zieleń zanikała na środku polany, ustępując miejsca zajmującemu ogromny obszar jezioru. Na jego brzegu stała postać bardzo regularna, podobna człowieka... Posiadała jednak ogon i była o wiele wyższa od zwykłego przedstawiciela homo sapiens. Jedyne co mogę rzec to to, iż ludzie dużo nie dodawali w swych barwnych opisach, gdyż smokowca nie streścisz w dwóch słowach. Szybko schowałam się za konarem dębu, gdy wcześniej znajomy mi młodzieniec zaczął odwracać głowę w moją stronę. Dłoń powędrowała w stronę miecza, którego nie wyczułam pod opuszkami palców. Przeklęłam pod nosem, uderzając głową w korę. Wyjrzałam zza pnia jednak nie zauważyłam już bestii stojącej w oddali. Poszłabym za nim... Jednak brak oręża pokrzyżował moje plany. Nie ruszę w nieznany teren bez czegokolwiek do obrony. Nie powiem ale zainteresowało mnie to co stało się przed chwilą, jakoby miał coś skrywać przede mną, nie lubię tak niejasnych sytuacji... Nie zaprzeczę bo nawet się zmartwiłam, ponieważ zawdzięczam mu życie i mam u niego ogromny dług... Nie tylko wdzięczności. Wróciłam szybko w poznane mi już mury świątyni, chwilę przed tym jak ciemność całkowicie zapanowała nad zieloną krainą.  Rozkoszowałam się przez chwilę zapachem siana, powolnie przechadzając się po stajni. Podeszłam do karego ogiera, łapiąc koc z najbliższej półki. Chciał się podnieść, jednak zanim to zrobił, usiadłam obok niego na miękkiej ściółce, jak to robiłam codziennie będąc jeszcze podlotkiem.  Przyznam, potrzebowałam towarzystwa, a on był jedynym który mógłby mi go teraz dotrzymać.
- No to zostaliśmy samy Cucełku... Gdzie on mógł pójść... - szepnęłam układając się na potężnej szyi - jak mi to wytłumaczysz do rana, skoczę Ci po marchewkę - dodałam i zamknęłam zmęczone powieki.
Jeżeli nie dowiem się jutro, o co chodziło ciemnowłosemu z unikaniem mojej osoby, wpadnę w furię. Jedno wiem, nie daruję mu tej nocy...

 LUCKU DROGI NIE DARUJE CI TEJ NOCY XD


wtorek, 10 lipca 2018

Od Savey c.d. Lu’Aj

Nie odezwałam się nawet gdy ciemnowłosy wziął mnie na ręce, przyznam, że nie wiedziałam jak powinnam zareagować na takie zachowanie. Zadziwiała mnie jednak opiekuńczość owego młodzieńca. Usadzona na ławeczce, rozejrzałam się po malowniczej okolicy. Na pierwszy rzut oka ogród wyglądał na bardzo zadbany, jednak po bliższym przyjrzeniu się można było w nim dostrzec niesamowitą perfekcję. Dominowały kolory symbolizujące delikatność jak i niewinność - to zaprzeczało temu co ludzie mówią na temat Bestii. Podniosłam się niepewnie na nogach, stąpając powoli w stronę pięknych białych róż, które bardzo kojarzyły mi się z matką, ona darzyła te kwiaty niezwykłą sympatią, jeżeli można tak nazwać stosunek człowieka do natury. Ukucnęłam przy krzewie, łapiąc jeden z kwaiatów w palce, nie mając nawet w zamiarze zerwania go z pędu. Czułam jak chłopak bacznie mnie obserwuje, dlatego też postanowiłam nie wykonywać żadnych czynności które miałyby w rezultacie wyglądać na zniewagę jego osoby.
- To wszystko co ludzie o Tobie mówią nie jest prawdą - powiedziałam głośno, powolnie podnosząc się - wiesz co oni wygadują prawda?
Spojrzenie w jego oczy było dość odważne z mojej strony, jednak chciałam bezbłędnie odczytać reakcje ciemnowłosego. Niemałym zdziwieniem był brak odpowiedzi z jego strony. Zaczęłam chodzić dookoła, przyglądając się roślinności, rozpoczynając monolog :
- Młode jak i stare pokolenie utrzymuje się utartych przez ostatnie lata opowieściach. Wiele z nich oszukuje innych, że widziała Cię na własne oczy, inni śmieją się z nich, że zmyślają bo tego spotkania nie da się przeżyć. Gdyby nie to, że starałam się od zawsze wykorzenić strach, drżałabym gdy ludzie opowiadali krwawe opisy i starali się za pomocą różnych instrumentów jak i przedmiotów odwzorować twoje odgłosy. Starsi starają się zakorzenić w najmłodszych lęk przed Tobą, dzięki czemu chcieliby uniknąć udawania się potomków w okolice twoich terytoriów. Nie chce zwracać się do Ciebie jako do bestii z Rosemoor, nie znam lecz twojego imienia...
W tym momencie oderwałam wzrok od kwiatostanów, ponieważ usłyszałam charakterystyczny stukot czterech kopyt. Obejrzałam się w stronę kamiennej ścieżki na której zza zakrętu wybiegł rozpędzony ogier. Podbiegłam w stronę kopytnego, stając wyprostowana i gwiżdżąc, przez co zwierze zatrzymało się przede mną, pyskiem praktycznie stykając się z moją twarzą. Spojrzałam gorącokrwistemu w oczy, dłoń kładąc na jego ganaszu. Mocno złapałam potylicę karego gdy ten chciał jeszcze poderwać się na dwa kopyta, zmuszając go do zostania na ziemi. Zaczęłam nucić jedną ze spokojniejszych melodii jakie znam, chcąc choć trochę uspokoić konia. Może to głupie dla obserwatora, wiedziałam jednak jak dobrze to działa na narywiste ogiery. Ułożyłam dłoń niżej, wplatając palce w aksamitną grzywę pięknego zwierzęcia. Czułam głośne sapnięcia konia na własnej szyi, podobnie jak jego chrapy dla uspokojenia szarpiące moje włosy. Podeszłam bliżej, możnaby powiedzieć przytulając się do kopytnego, oplatając ręce wokół szyi. Ułożyłam głowę na sierści, zamykając oczy, by móc wsłuchać się w jego serce.
- Spokojnie Cucu - szeptałam gdy czarny podrywał łeb wysoko.
Bicie serca było bardzo nierówne, jakby samo chciało się uspokoić po tym co mogło się stać. Spędziłam już bardzo długie godziny na obserwacji tych majestatycznych stworzeń by móc chociaż starać się je zrozumieć. Odsunęłam się nieznacznie, w sumie na tyle na ile pozwolił mi Cucu. Obejrzałam się w stronę ciemnowłosego chłopaka, nie zwracając uwagi na jego zdziwioną minę.
- Coś lub ktoś jest w stajni - stwierdziłam.
[Lu?]


piątek, 6 lipca 2018

Od Savey c.d. Lu’Aj

To niesamowite jak wiele obrazów pojawia się w głowie, gdy człowiek błądzi w zaświatach. Czułam się jakoby w ciemnym pokoju pełnym obrazów ze wszelkimi wspomnieniami. Płynnie poruszały się a niektóre z nich wydawały z siebie przeróżne dźwięki i dialogi. Zatrzymałam się przy jednym z nich, skupiając się nad nim wyjątkowo długo. Mała jasnowłosa księżniczka siedziała na końskim kłębie, otulona ramionami opiekuńczego ojca. Miałam wtedy osiem lat, lecz pamietam to jakby stało się wczoraj. Koń poniósł ich w zieloną głuszę, zaprowadzając we wcześniej nieznane miejsca. Podeszłam dwa kroki dalej, odwracając wzrok w drugą stronę. Przed oczami ukazała się kobieta, goniąca piętnastoletnią dziewczynę z sukienką w rękach. Uśmiech jakby sam spłynął na moje usta, przypominając o tym jak zawsze unikałam wystawnych strojów. Do moich uszu wpadł głośny dźwięk zamykanych i zakluczanych drzwi, oczy natomiast opanowało nieprzyjemne jasne światło. Wiec tak wygląda koniec? Ktoś zatrzaskuje drogę powrotną, zmuszając Cię do podążania w stronę światłości.... Przesunęłam dłonią po czymś niezwykle miękkim, niczym jedwabna pościel na jednym z łóżek. Westchnęłam cicho i powoli otwierałam ciężkie powieki. Chcąc przyciągnąć jedną z rąk w celu otarcia zmęczonej twarzy, poczułam opór, zimnego metalu. Spanikowana otworzyłam oczy i zerknęłam w stronę unieruchomionej kończyny. Grube, szare kajdany oplatały mój nadgarstek,  same będąc spięte z ramą drewnianego łoża. Potrząsnęłam głową, chcąc się dobudzić, niezbyt rozumiekąc co się w tym momencie dzieje. Wzrok powolnie wędrował po białej pościeli, ustając dopiero na zabandażowanym przedramieniu. Czyżbym jednak miała możliwość przeżycia jeszcze jakiegoś ułamku czasu na tym świecie? Poczułam ciepły wiatr na policzku, przez co zerknęłam na okno, osłonięte długimi zasłonami do samej ziemi. Skupiłam jednak wzrok na tym co działo się za szkłem. Słońce znajdowało się nad piaskowymi wydmami, w układzie wskazującym godzinę siedemnastą, to niemożliwe... Dla pewności zacisnęłam dłonie w pięść, rozkoszując się chwilą kontroli nad własną powołoką. Nie wierze jednak, że ten blogi stan będzie trwał wiecznie, to byłoby zbyt proste... Wzrok dalej wędrował po wielkiej komnacie, analizując każdy znajdujący się w niej przedmiot. Pomieszczenie pełne było wielu starych pamiątek, nadających wyrazu beżowym ścianom. Wszystko było wyważone w granicy dobrego smaku, zachęcając do rozmyślań na temat jego kompozycji. Na krześle leżała górna część mojej zbroi wraz z opadającym z jej ramion czarnym płaszczem, oznaczającym rangę w szeregach wojska mego ojca.. Wiele dni zajęło mi własnoręczne wyszycie herbu naszej rodziny, oplecionego gałęziami potężnych drzew i kwiatami róży. Oznaczało to nic więcej jak elitarną jednostę pierwszej linii uderzeniowej, podczas obrony jak i ataku, potocznie nazywano nas tymi od ciężkiej roboty. Czerń natomiast dawała mi możliwość głosu, praktycznie na równi z mym ukochanym władcą, dzięki temu od wielu pokoleń unikało się sprzeczek i wybiegania przed szereg niższych rangą żołnierzy. Na materiale ułożony został mój przyjaciel w boju, jak i reszta ostrych rzeczy które posiadałam przy sobie. Czy ktoś na prawdę pomyślał, że miałabym w zamiarze sobie zrobić krzywdę z powodu trapiącego uroku? Dużo się nie pomylił, jednakże musiał być bardzo ostrożny skoro przykół mnie do łóżka ciężkim żelazem. Zaśmiałam się pod nosem i pokręciłam przecząco głową, w momencie gdy ktoś starał się otworzyć drzwi. To właśnie ten dźwięk drażnił moje uszy w błogim śnie. Skupiłam wzrok na drewnianych wrotach, dostrzegając znajomą mi twarz - młodzieniec z lasu. Przekręciłam głowę by przyjrzeć mu się dokładniej, ten natomiast usiadł obok mnie i złapał za opatrunek na przedramieniu. Był o dziwo bardzo delikatny i dokładny w tym co robi. Przyglądałam się uważnie jego dłoniom, nie krzywiąc się nawet odrobinę gdy ten przyłożył mi nasączoną watę do rozcięcia. Zilendor go znał, jednakże czy ltoś na zdrowym umyśle , zatrzymałby jegomościa w swym lokum?
- Widziałeś co robię... - szepnęłam, lecz chłopak nawet na mnie nie spojrzał - Przecież ja i tak nocą nadal będę potworem.. - powiedziałam sama do siebie - wiec dlaczego? - spojrzałam na niego.
[Lu?]

poniedziałek, 2 lipca 2018

Od Savey c.d Lu’Aj

Gdybym mogła, pokręciłabym głową i kazała odsunąć się młodzieńcowi, w momencie gdy ten otoczył moją osobę piaskowymi wojownikami. Jego posunięcie mogło jedynie jeszcze bardziej podsycić Zilendora, który był wiecznie gotowy do rozlewu krwi. Usłyszałam jedynie cichy śmiech, wyrywający się z mojej piersi. Był tak bardzo nienaturalny... Jedna z moich dłoni powędrowała na rękojeść miecza, zaciskając się na nim bardzo pewnie. Właśnie to najbardziej przerażało mnie w działaniu mego oprawcy, to jak wykorzystywał moje własnonabyte umiejętności przeciwko, możnaby rzec - wszystkiego co się porusza. Kolana lekko ugięły się, przyjmując charakterystyczną i bardzo statyczną pozycje, oznaczającą gotowość na atak. Głowa nieznacznie przekręciła się w prawą stronę, coraz bardziej przyglądając się postaci w mroku. Tym razem była jednak inna, nie ujrzałam ciemnowłosego męźczyzny tylko znaną mi z opowieści kreaturę. Poczułam jak przez moje ciało przechodzi dreszcz spotęgowany kłębioącymi się myślami czarnoksiężnika. Znałam historie, lecz nie chciałam w nie wierzyć, lecz w tym momencie sama przekonałam się na własne oczy o jej istnieniu. Nie zorientowałam się nawet gdy miecz szybko wyciągnięty z pochwy, przeciął piaskowego Golema na pół. Wykorzystanie mojej zwinności bardzo przydawało się Zilendorowi, przynajmniej tak mi się wydawało, ponieważ nie narzucał mi swojego stylu walki, moje ciało samo wykonywało naturalne dla mnie ruchy. Piasek rozsypał się po gęstej trawie, po chwili kumulując się pare metrów dalej.
- Zapomniałeś o mnie - to właśnie z moich ust wydarły się te proste słowa.
Krok po kroku zbliżały się pustynne upiory, dzierżąc w dłoniach ponad dwu i pół metrowe włócznie. Przypominały dawne rzymskie formacje, idące równo w bój. Zaczęłam powolnie poruszać się, chodząc po okręgu, nie spuszczając wzroku z tajemniczego nieznajomego. Wydawało mi się jednak, że ktoś panujący nade mną, znał go zbyt dobrze. „Zapomniałeś o mnie” co to miało znaczyć..?
- Pamiętasz Rosaline? - głos Zilendora wyrwał się z moich ust.
W tym oto momencie, piaskowa formacja ustala w miejscu, najprawdopodobniej czekając na mój ruch. Pytanie zadane ciemnowłosemu, tylko utwierdziło mnie bardziej, czułam jednak, że to starcie nie skończy się zbyt dobrze. Działanie na czyiś emocjach zawsze ma fatalne skutki, co może cieszyłoby czarownika właśnie w tym momencie, kto wie czy ten dzień nie będzie moim ostatnim. Nóż przyłożony przez Zilendora  do mojego przedramienia powolnie rozcinał materiał, śmiejąc się pod nosem. W tym momencie zaczęłam walkę z najczarniejszą siłą. Ból przepełniał całe moje ciało, zmuszając do wewnętrznego krzyku, dosłyszalnego  tylko i wyłącznie dla mnie. Ostrze powracając do wewnętrznej strony łokcia, coraz to mocniej wbijało się w moje ciało, szkarłatna krew powolnie spływała przez moje palce by następnie skraplać się ku zielonej ziemi.  Istne przedstawienie, mające jedynie za zadanie, uświadomić w czymś nieznajomego. Dlaczego jednak musiałam być to ja? Dlaczego akurat w momencie kumulacji, największych emocji. Poddałam się, pierwszy raz od kiedy stąpam po tej pięknej ziemi, całkowicie oddałam się w ręce nikczemnego człowieka. Obraz z każdą sekundą coraz bardziej się rozmywał a kolana uginały się swobodnie. Upadłam na ziemię, podpierając się prawą ręką o glebę. Łzy powolnie zaczęły spływać po moich policzkach, raz po raz ustępując miejsca pieczeniu przedramienia. Ścisnęłam kępkę trawy, przyglądając się białym kwiatom. W ostatnich sekundach mogłam jeszcze raz poczuć zapach trawy, poczuć ją między palcami. Nie tak wyobrażałam sobie swój koniec, nie tu, nie tak, nie z woli kogoś innego lecz własnymi rękoma. Chciałam polec w walce, między swoimi ludźmi, chciałam by obsypywano mnie właśnie takimi białymi kwiatami, jak te w mych palcach.
- Przepraszam - szepnęłam, w ostatnim momencie zerkając jeszcze na moją zmarłą przyjaciółkę.
[Lu?]

wtorek, 26 czerwca 2018

Od Savey

„Godzina 19, tak słońce mi mówi” przeleciało mi przez myśl, gdy podniosłam wzrok na błękitne niebo. Lecz tak na prawdę patrzyłam na świat zupełnie innymi oczyma. Moje nogi niosły mnie przez lasy aż do małego miasta. Patrzyłam w zapłakane oczy mojej przyjaciółki, sama przeżywając wewnętrznie każdy niezależny gest. „Jak ja się tu znalazłam...?” - za każdym razem zadaje sobie to pytanie. Widziałam diabelskie oczy odbijające się w mokrych od łez ślepcach mojej kompanki. Zilendor potęgował nasze cierpienie, katując Amlenije kolejnymi ciosami. Gdybym mogła go powstrzymać nie stałabym w tym miejscu. Walczyłam z odgórną mocą, błagałam, korzyłam się lecz to zupełnie nic nie dało. Wręcz przeciwnie, obdarowano mnie bólem niegodnym nawet największych zbrodniarzy, lecz gdybym to ja panowała nad wlasnymi ruchami, można byłoby tak stwierdzić. Gdybym mogła wyszeptać tylko ciche przepraszam... Gdybym mogła wytłumaczyć, lecz to nigdy nie będzie mi dane. Przedstawienie trwało bardzo długo, jakby było jedną ze sztuk wystawianych przez gladiatorów w Rzymie. Nóż mocno zaciśnięty w mej dłoni, wbił się w delikatną szyję elfickiej arystokratki. Razem z nią upadłam i ja, pogrążona w stanie niemożliwym do dokładnego opisania. Łzy spływały niczym cienkie wodospady, mocząc gorące policzki. Podniosłam się do pozycji klęczącej, pochylając się nad ciałem brunetki. Jedną z moich dłoni ułożyłam na jej czole. Wpatrywałam się w jej oczy, starając się znaleźć w nich jeszcze duszę, lecz nie będę się oszukiwać, to niemożliwe. Ułożyłam głowę na jej klatce glosno szlochając. W tym momencie moje serce było znowu rozdarte, ta rana jednak nigdy się nie zabliźni. Straciłam najbliższa mi osobę, dziewczynę z którą wychowywałam się od kołyski. Przesunęłam dłonią po jej twarzy, palcami zamykając jej oczy.
- Przepraszam... wybacz mi.. - szlochałam głośno.
Przyznam nigdy jeszcze tak bardzo nie dałam ponieść się emocjom, szloch momentalnie zamienił się głośny ryk, nie umiałam tego powstrzymać. Powoli nie radziłam sobie w narastającej samotności, codziennie obserwując swoje kolejne mordercze kroki. Zilendor nie starał się mnie w tym oszczędzać, wręcz przeciwnie. Brakowało mi pomocy ze strony przyjaciół, lecz na czyją pomoc można liczyć gdy traci się ich co dnia..? Nie wiem jak długo płakałam nad ciałem elfickiej arystokratki, jednak zaczęło się już ściemniać. Dzisiaj jednak nie starałam się rozwiązywać swoich własnych problemów, nie byłam w stanie. Złapałam rękojeść ostrza, by wyciągnąć je z delikatnego ciała. Spojrzałam na swoje zakrwawione dłonie, ściskając sztylet w jednej z nich. Samoistnie opadły na białą szatę damy. Poczułam jak znowu ktoś powolnie przejmuje nade mną władzę,jednak mam jeszcze minutę by panować nad własnymi ruchami. Mój wzrok powolnie wędrował po konarach drzew, przez co dopiero teraz zauważyłam, że ktoś mnie obserwuje, owinięty w brązowe szaty. Pokręciłam jedynie przecząco głową, patrząc się w skryte cieniem złote oczy. Krzyknęłam czując jak tracę zupełną kontrolę, a nadludzka siła podnosi mnie na proste nogi. Widziałam jedynie delikatne zdziwienie na twarzy męźczyzny, gdy z pewnością w tym momencie moje oczy zmieniły kolor. Nóż kręcił się swobodnie w moich palcach, usłyszałam szyderczy, wręcz diabelski śmiech a z ust na sile wyrwały się słowa:
- Chcesz się zabawić?
[Lu?]

czwartek, 31 maja 2018

Ludzie odwracają się ode mnie bo ponoć byłam inna...

"Ludzie odwracają się ode mnie bo ponoć byłam inna...
Ponoć kiedyś byłam w stanie zrozumieć cierpienie drugiego człowieka,
 Ponoć ma siła prowadziła do walki każdego Amstańczyka,
Ponoć miałam serce prawdziwej damy,
lecz ten dar został mi bezdusznie przez diabła odebrany"



SAVEY AREDHELA DUQUENA ABERLINANTION
DZIEDZICZKA TRONU AMSTANCJI

___________________________________________________________________________

| 24 Lata | Kobieta | Amstancja | Nocny Elf | Heteroseksualna | Wolna | Cheryl Blossom|
__________________________________________________________________________


Jej dar jest swojego rodzaju bronią, siejącą postrach wśród większości istot. Jednak dlaczego? Ponieważ dziewczyna posiada swojego rodzaju talent, do panowania nad układem nerwowym i mięśniowym danego człowieka. Poprzez połączenie się jej umysłu z przeciwnikiem, jest w stanie wywołać u niego każdy rodzaj bólu, co równa się również z możliwością, wyniszczenia mózgu danej osoby. W skrócie "zabijanie umysłu".
Dlatego to właśnie Eleanaxe jest opiekunką jej daru.
_____________________________________________________________________

Ojciec Savey - Król Amstancji, zawsze uważał, że jego córka nie powinna podejmować żadnej fizycznej pracy. Twierdził on, że kobiety wysokich rodów nie powinny brudzić sobie rąk, a jedynie występować reprezentacyjnie. Jego własnej potomki nie udało się jednak zatrzymać. Panienka Aberlinantion pracuje w charakterze najemnika zajmującego się ochroną terytorium królestwa. 
_____________________________________________________________________


Od czego wszystko się zaczyna...
Bardzo długo wyczekiwana, królewska córa, zrodziła się ostatniego dnia miesiąca zwanego w dzisiejszej dobie Grudniem. Aderhela była wychowywana głównie przez matkę, która poświęcała jej cały swój wolny czas. Od najmłodszych lat uczona była etykiety oraz królewskiego życia, jednak pole walki okazało się jej prawdziwym przeznaczeniem. Savey nigdy nie lubiła spędzać nudnych godzin na studiowaniu podręczników, oraz słuchaniu swojego nadwornego sługi, to właśnie lekcje szermierki i jazdy konnej, zabierały większość jej dnia. Ojciec nigdy nie był w stanie zaakceptować wyboru swojej córki, twierdził on, że kobiety nie powinny nigdy chwycić za broń, ponieważ to one mają być istotami najczystszymi, nie mógł jednak zatrzymać koła które już się poruszyło, zmawiał sobie więc, że w potomkini widział samego siebie. Ciężka praca przyniosła znakomite efekty. Zawziętość dziewczyny spowodowała, że w wieku lat 18 stanęła na czele głównego oddziału uderzeniowego swego królestwa. Plotki o mniemanej księżniczce powoli rozchodziły się po świecie, docierając w pewnym momencie do tych najbardziej niechcianych istot. Jedną z nich był wszystkim znany Zilendor, na którego drodze do całkowitego podboju stało paręnaście potężnych królestw, w tym właśnie rodzima kraina bohaterki - Amstancja. W tym momencie historia Savey nabiera czarnych barw, zmieniając tę drobną istotę już na zawsze. Półbóg odszukał jasnowłosą, gdy ta udała się w nocną podróż do sąsiedniego państwa. Jego zamiarem nie było jednak pozbycie się jej na dobre, Zilendor rzucił na nią urok, który spowodował, że królewna oddała się całkowicie w jego rządy, od tego czasu stanęła po złej stronie barykady. Czarnoksiężnik zażądał by ta była jego szpiegiem wśród ludzi, którzy są zrzeszeni przeciw jemu. Nikt nie zauważył zmiany dziewczyny prócz jej matki, podkreślała ona, że Aderhela zmieniła się nie do poznania, na co ta odpowiadała - wojna zmienia wszystkich Matko. Królowa Direntiana wiedząc o tym co mogło przytrafić się córce, starała się zdjąć czar, co udało się jej tylko w małej części. Przez 22 godziny Savey jest uwieziona w klatce zwanej jej ciałem, nie mając możliwości zapanowania nad własnymi czynami, jednakże gdy wybija godzina dwudziesta ma możliwość umyślnego działania przez tylko dwie godziny. Wiele osób po czterech latach takiego cierpienia, już dawno poddałoby się woli Półboga, jednakże księżniczka wierzy, że ktoś zdejmie z niej piekielny urok... Problem w tym, że potrzebny do tego jest pocałunek Królewskiego syna.

___________________________________________________________________________

Savey nie można zarzucić tego, iż jest ona osobą ponurą czy bardzo zdystansowaną - Jest tego przeciwnością. Aredhela stara się zarażać ludzi własnym uśmiechem oraz otwartością, jest typem osoby chętnie poznającym wszelkie istoty, nie oznacza to jednak, iż księżniczka jest ufna. Z początku trzyma osoby na dystans, pozostawiając na sobie cień tajemnicy, lubi odpowiadać pytaniem na pytanie, zmuszając rozmówcę do zainteresowania się nią samą. Zawsze stara się zdobyć przychylność ludzi szczerą radą i miłym uśmiechem, co tez oznacza, że nigdy nie można zarzucić jej kłamstwa. Dziewczyna czasem wręcz przesadza ze szczerością często żałując potem wypowiedzianych słów. Elfka jednak ceni ją bardzo względem swojej osoby. Szczerością i budowaniem mocnych fundamentów znajomości, łatwo można zbliżyć się do Savey. Problem tkwi w tym, że większość poddaje się w krytycznym momencie, gdy to ona potrzebuje pomocy, gdy przychodzi moment próby.  Mimo trapiącego ją uroku, stara się myśleć pozytywnie, pokrzepiają  przy tym bardziej załamaną od niej matkę.  Wbrew pozorom jest ona osobą bardzo czułą i kochającą. Nie można zapomnieć o stosunku dziewczyny do spraw związanych ze stresem. Jest ona wtedy bardzo opanowana, oraz nie robi wszystkiego w pośpiechu. Najpierw plan, potem działanie. Tak robi ze wszystkim, nawet z drobiazgami. Odwaga i zawziętość to jedne z jej najlepszych cech. One doprowadziły ją na szczyt, pozwalając na rozluźnienie. Jednak nie jest ono całkowite. Stoi ona na czele grupy, przez co zwłoka i błędy nie są dopuszczane. Dowódca nie pozwala na najmniejsze ustępstwa. Jej priorytetem jest współpraca, a zdrady jak i spiski nie są łagodnie traktowane. Przeżyła ona zbyt dużo, by można było oceniać dlaczego jest tak a nie inaczej. Świadczy też o tym jej pozycja w państwie, łączy się to również z tym, że dziewczyna powinna być przykładem dla innych. W tym całym natłoku spraw zawsze podziwiano jej niezwykłe opanowanie oraz trzeźwe myślenie w sprawach najbardziej stresowych. Nigdy nie roniła łez, nigdy nie dawała się złamać, nigdy się nie poddała. Zawsze walczy do końca, a w chwilach zwątpienia, podnosi wszystkich na duchu. Mistrzyni taktyki, prowadzenia ludzi oraz przemów - jej zawzięty charakter potrafi pociągnąć za sobą tłumy, to dlatego tak wiele osób jest przychylny jej pozycji. 

Wszystko zmienia się gdy wybija dziesiąta wieczorem...
Dziewczyna traci wówczas kontrole nad swoim ciałem, pozostając jedynie biernym obserwatorem swoich nikczemnych czynów. Kontrola jest jednak w rękach kogoś zupełnie innego. Odpowiada on za jej głos oraz za każdy gest, karając również Savey za to, gdy próbuje się jakkolwiek buntować. Przepłaca to niewyobrażalnym bólem, zmuszającym ją do oddania się w szpony kogoś zupełnie innego. Dlatego właśnie szuka ona rozwiązań przez dwie godziny dziennie. Wewnątrz pozostaje ona nadal dobroduszną postacią, jednak jej zachowanie - jako ciała ulega zmianie.  Księżniczka wówczas staje się oschła i maksymalnie zdystansowana, czasem wręcz agresywna. Wyróżnia ją wtedy również przebiegłość oraz dosłowna chęć mordowania, gdy tylko któryś z wrogów „jej władcy” znajduje się na osobności. Nie jest ona w stanie wymazać obrazów, umierających w bestialski sposób, jej czasem własnych przyjaciół... Przyjaciół którym nie mogła pomóc, którzy mówili jej, że była inna. Gdyby ktoś ją zbadał, na pewno wszystkie czyny wykonane przez 22 godziny były zupełnie niepoczytalne. 

A powrót do normalności...?
Pierwsze dziesięć minut po dwudziestej jest dla Elfki, największym koszmarem. Upada z łoskotem na ziemie starając odzyskać się czucie w każdym nerwie. Przy tym nie pomaga również fala łez, spowodowana tym co się stało... Bo nigdy się nie odstanie. Mimo jej spokoju i opanowania pierwsze pół godziny można nazwać - panicznym poszukiwaniem pomocy, której nie otrzymuje. Ludzie uważają ją za opętaną a nawet własni przyjaciele odwracają się plecami, lecz ona sama im się nie dziwi... Oni nie wiedzą i nie rozumieją... poszukuje już jedynie osoby która obroni ją przed nękającym złem tego świata. Może to niektórych dziwić, bo parę linijek wyżej pisałam o tym, że jest ona odporna psychicznie. Problem w tym, że ona była... Zastanówcie się sami, czy wy byście już powoli nie wariowali?
___________________________________________________________________________


Aparycja dziewczyny jest dosyć specyficzna, ponieważ zmienia się ona w zależności od przyjmowanej postaci. Raz jest ona jasnowłosą kobietą a raz granatowowłosą elfką. W ludzkiej postaci jej wzrost jest równy stu siedemdziesięciu centymetrom, natomiast waga nie przekracza pięćdziesięciu dwóch kilogramów - z tego możemy wnioskować, że jest ona dość drobna. Jej ulubionym kolorem jest czerń oraz błękit, co mocno podkreśla ubierając się. Poza teren zamku nie wychodzi praktycznie bez lekkiej zbroi, natomiast w potężnych murach chodzi ubrana elegancko ale nieczęsto w sukienki, mimo, że wygląda w nich dość zjawiskowo, zawsze jednak musza być one w odcieniach ciemności i jasności. Włosy zawsze spoczywają rozwiane na jej ramionach, zostają związane jedynie w kucyk gdy udaje się na arenę treningową. W nadprzyrodzonej formie zmienia się nawet jej kolor oczu, czy skóry styl jednak jest dość ekstrawagancki, a wzrost jest równy stu osiemdziesięciu centymetrom.

Dziewczyna ma doskonałą rękę do zwierząt, w tym do koni. Jej ojciec zawsze powtarzał, że łączy ją z tymi zwierzętami jakaś niesamowita, nieznana więź. Nic dziwnego skoro potrafiła spędzić na obserwacji kopytnych długie godziny, nawet najbardziej narywiste konie ulegają jej delikatnym dłoniom.

Savey praktycznie nie sypia, ponieważ Zilendor nie pozwala jej na chwile wytchnienia, a wolne godziny poświęca na poszukiwaniu antidotum zaklęcia.

Księżniczka znana jest z wyśmienitego głosu, który bardzo często uświetnia królewskie bale.

Mimo swojego pochodzenia, Savcia potrafi być dobrą gospodynią domową, nie wyobraża sobie życia w chaosie leżących na ziemi ubrań. 

Nikt nigdy nie zawładnął jej sercem, czeka na tego jednego, nie poszukuje go jednak na siłę. Wierzy w to, że prawdziwa miłość przychodzi z czasem.

Dziewczyna przez swoje wojaże posiada wiele blizn na całym ciele, każda z nich wiąże się z jakimś wspomnieniem. Savey uważa, że określają to jaka ona jest.

Nadprzyrodzona postać dziewczyny sprawia, że staje się ona dużo silniejsza i szybsza niż w ludzkiej, jednak niezbyt za nią przepada.
___________________________________________________________________________

Kita59 [HW] | savekrrk@gmail.com